Biretem rzucał mój syn. Dziennikarstwo, teologia i macierzyństwo.

Anita Klebanowska, mama 1,5 rocznego Olafa, żona Artura, absolwentka Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, dziennikarka, teolog, edukator medialny, wrażliwa dusza, pasjonatka poszukiwania prawdy – prawdy o człowieku, prawdy o pięknie świata, o zasadach, o wartościach, o mediach, czym pragnie dzielić się na swoim blogu Canbe.pl, współautorka podręcznika do religii dla przedszkolaków. Swoją przygodę z rodzicielstwem zaczęła już na studiach, z chęcią zgodziła się podzielić doświadczeniem i udzielić wywiadu na ten temat z czytelnikami niniejszego bloga.
Z Anitą znamy się już kilkanaście lat, a mamy wrażenie (przynajmniej ja :)), że od zawsze. Potrafimy nie widzieć się tygodniami czy miesiącami, a nigdy nie zapadnie w naszej rozmowie niezręczna cisza. Anita była moją druhną i zna mnie tylko ciut mniej niż mój mąż. 🙂
Obie ambitne, szalone, pełne wiary w ludzi i ukierunkowane na – rodzina jest najważniejsza. Jak to pogodzić? Ambicje, wykształcenie, podwójny kierunek studiów, praca, małżeństwo na studiach i dziecko na kolanach w czasie pisania magisterki? Odpowiedź kilka wersów niżej. Zapraszam do czytania. 🙂

Anitko, zacznijmy od początku…Dlaczego zdecydowałaś się na dziecko jeszcze w trakcie studiów?

To była wspólna decyzja – moja i męża. Jako młode małżeństwo postanowiliśmy nie zwlekać zbyt długo, ponieważ tak podpowiadały nam nasze serca. Nie da się tego nijak logicznie wytłumaczyć (śmiech). Jeszcze przed ślubem układałam sobie plan zajęć tak, by po ślubie było tych zajęć na uczelni jak najmniej. Głównie po to, by móc utrzymywać nasze małe gospodarstwo domowe wspólnie, poświęcając chociażby więcej czasu pracy zawodowej jak i pracy w domu, niż nauce. Mówiąc o układaniu planu, mam tu na myśli dobieranie przedmiotów na trzecim roku z roku czwartego i piątego, a na czwartym z roku ostatniego, tak, by na piątym roku mieć już “zupełny luz”. Mam tu na myśli czas na pracę, pisanie pracy magisterskiej, naukę do ostatniego egzaminu tzw. Ex Universa, podsumowującego moją wiedzę z teologii czy ugotowanie obiadu dla męża. Gdzieś z tyłu głowy już wtedy było też dziecko – nasza wspólna radość, nasza przyszłość, mały człowiek, widoczny owoc naszej miłości, którego z czasem sami nie mogliśmy się wręcz doczekać.

Kiedy dokładnie urodziłaś swojego synka?

Olafa urodziłam ponad 1,5 roku po ślubie, 13 marca 2017 roku. Na ostatnim roku studiów. Przed obroną pracy magisterskiej. W dość zaawansowanej ciąży zdawałam wspomniany egzamin Ex Universa. Samo zdawanie wspominam bardzo przyjemnie, gorzej było z przygotowaniem i nauką. Senność i brak skupienia to dewiza przebiegu tej ciąży. Podobnie szło przygotowanie pracy magisterskiej, za którą zabrałam się właściwie jak już dzidziuś był na świecie. Pisałam późnymi wieczorami i w czasie drzemek Olafa, które trwały nadspodziewanie krótko. Z tego powodu często czytałam i zaznaczałam, co chcę napisać, w czasie karmienia piersią i innych wolnych chwilach tj. jazda samochodem (oczywiście kiedy nie ja prowadziłam).

Czyli nie korzystałaś z urlopu dziekańskiego ani Indywidualnej Organizacji Studiów?

Nie korzystałam z urlopu dziekańskiego. Było to możliwe dzięki mojej pracy na rzecz wolnego od zajęć piątego roku, o czym już wspomniałam.

A jak wyglądała sprawa praktyk?

Na praktykach byłam jeszcze przed ciążą. W trakcie ciąży pracowałam już zawodowo na pełen etat jako prowadząca warszawski portal informacyjny i uczyłam się do ostatnich egzaminów na studia dziennikarsko-teologiczne.

Skończyłaś studia w terminie, prawda?

Egzaminy zdałam w pierwszym terminie. Obronę przełożyłam na jesień 2017. Gdyby nie wsparcie męża, młody wiek i wiara, prawdopodobnie odwlekałabym ją w nieskończoność, ponieważ jestem idealistką i perfekcjonistką w redagowaniu czegokolwiek, a już na pewno w redagowaniu pracy naukowej, której temat pochłonął mnie znacząco.

Anitko, opowiesz coś nam o porodzie?

Sam poród przeżyłam… Właściwie to by było na tyle (śmiech). Myślę, że dla wielu jest to ból zapominający, mnie jednak nie dał o sobie zapomnieć długi czas. Poród przeżyłam i uważam, że hormony zadziałały tu jak u każdej kobiety – bardzo łagodząco. Okazało się jednak, że wydałam na świat siłami natury człowieka ważącego 4810 g. I nie, nie jestem masochistką, po prostu USG tego nie wykazało – wskazywało maksymalnie 4 kg, co dla mnie i tak było niewyobrażalne, lecz lekarze i położne uspokajali, że wszystko będzie dobrze. I rzeczywiście, teraz już jest. Ale połóg trwał dłużej niż kalendarzowe 6 tygodni i był to połóg ciężki – czas ogromnej przyjaźni z paracetamolem, czas, kiedy zapomniałam, jak to jest siedzieć, bo po prostu ból i sytuacja zdrowotna nie pozwalała na luksus siedzenia, czas, kiedy półkilometrowy spacer kończył się 2-dniowym bólem podbrzusza, ale też czas, kiedy pierwszy raz w swoim życiu w takiej sytuacji w tak małym stopniu skupiałam się na swoich dolegliwościach. Traktowałam siebie jako osobę silną fizycznie i psychicznie, silniejszą niż te kruche maleństwo, którym musiałam się zająć, a które nie dawało o sobie zapomnieć nawet na dłuższą chwilę z prostego powodu – większe dzieci potrzebują jeść więcej bądź po prostu częściej. I myślę, że właśnie z tą siłą jeszcze szybciej wróciłam do normalnego funkcjonowania, mimo że wizyty domowe położnej nie były dla mnie pokrzepiające, ponieważ stale towarzyszyły im jakieś niepokojące dla mnie diagnozy.

Współczuję Ci. To musiał być trudny okres w Twoim życiu. Jak wyglądał powrót na uczelnię po takich przejściach?

Dobrze, że pytasz o konsekwencje dla studiowania. Owszem, nie pozostało to bez echa. Początkowo nie miałam siły ani czasu myśleć o czymkolwiek związanym z pracą magisterską. Kiedy tylko poczułam się lepiej, dostałam powera. W obliczu tak traumatycznego (i nie bezpodstawnie użyłam tu tego słowa) przeżycia, praca magisterska i jej obrona stały się dla mnie czymś śmiesznie prostym.

Piękny przykład, jak macierzyństwo albo doświadczenie trudów porodu może spowodować zmianę myślenia o 180 stopni. Anitko, a czy udało Ci się karmić Olafa piersią?

Karmiłam piersią i szczęśliwie udało się wszystko pogodzić, choć w moim przypadku nie tyle z samym studiowaniem, co pracą, którą podjęłam tuż po zakończeniu urlopu macierzyńskiego. Olafa karmiłam na żądanie a nasza przygoda trwała 17 miesięcy.

Mówisz, że po trudach porodu magisterka okazała się czymś prostym, ale nie oszukujmy się – to jest trud i trzeba znaleźć na pisanie czas. Jak u Ciebie wyglądały kwestie organizacyjne?

Organizacyjnie… Mówi się, że matki są osobami zorganizowanymi. U mnie mam wrażenie jest z tym na bakier. Po porodzie z samodyscypliną i trzymaniem się planu nie jest mi po drodze. Kiedy na horyzoncie pojawia się coś fascynującego to rzucam prawie wszystko i się tym zajmuję. Całe szczęście, że miałam tą przyjemność, że w pracy (dziennikarz-reporter) mogłam wybierać zajmujące mnie tematy, podobnie magisterka dotyczyła tematu, który mnie bardzo ciekawił. Chyba podświadomie nie chcę już marnować czasu na nierozwijające i zwyczajnie nudne zajęcia, kiedy czasu dla siebie z dzieckiem jest i tak zdecydowanie mniej. A jeśli chodzi o prace domowe – sprzątanie, gotowanie, pranie… To wszystko od urodzenia Olafa robimy wspólnie. Zawsze leżał obok i słuchał, jak mama opowiada mu dlaczego oddziela białe ubrania od kolorowych, albo do czego służy patelnia i łyżka. Olaf ma 1,5 roku i widzę jak to procentuje. Nadal dzielnie pomaga. Już coraz bardziej aktywnie, bo na przykład wsadzi pranie do pralki, bądź poda mi je, kiedy rozwieszam wyprane ciuszki na suszarkę. Nie ujmując tu znaczenia faktu, jakim jest to, że robiąc wszystko w formie rozwijającej zabawy, robi się to zdecydowanie dłużej niż normalnie. Ale nie wyobrażam sobie, że marnowałabym czas jego drzemki wyłącznie na wypełnianie obowiązków pani domu. Kiedy znaleźć czas dla siebie, na swój rozwój, jak nie wtedy, kiedy dziecko śpi?

Wiem o czym mówisz. Też tak uważam. Drzemka dziecka to cenny czas dla mamy – albo na rozwój albo na odpoczynek, bo to też jest przecież potrzebne. Czy ktoś Ci pomagał, abyś mogła tego czasu na pisanie magisterki mieć więcej?

Nieoceniona, szczególnie w czasie połogu, była pomoc męża. Rok po narodzeniu Olafa przeprowadziliśmy się na Podlasie bliżej dziadków, więc teraz też jest już inaczej, niż było w Warszawie, gdzie mieliśmy tylko siebie.

Cieszę się z Tobą. Kontakt z dziadkami, to ważna sprawa. A jak wasze wybory komentowali inni? Byłaś dyskryminowana, jako młoda mama na Uczelni albo wśród znajomych?

Nie. Nie doświadczyłam ani dyskryminacji, ani ewentualnego szemrania za plecami, czego się nieco obawiałam. Miałam wrażenie, że znajomi byli wręcz zachwyceni brzuszkiem. W czasie ciąży zdawałam ostatnie egzaminy. Mój stan pozwolił mi zdać je nieco szybciej i w bardzo przyjaznej atmosferze w imię zasady: kobiecie w ciąży, nie można się denerwować 😉 Co nie oznacza, że było łatwo. Oceny były adekwatne do mojej wiedzy. Zresztą nie obnosiłam się ciążą i większość egzaminatorów jej nie zauważyła, zazwyczaj do czasu, kiedy nie podawałam im indeksu, by wpisali oceny, co też wiązało się z zabawnymi sytuacjami.

Wyobrażam to sobie. 🙂 Byłaś mamą studentką tylko kilka miesięcy, czy w tym czasie korzystałaś z prawa do wsparcia finansowego w postaci kosiniakowego lub zwiększonego stypendium?

Nie korzystałam. Jakoś tak nam (mi i mężowi) udało się tak dograć prace zawodowe, że nie kwalifikowaliśmy się i nie potrzebowaliśmy właściwie tej pomocy. Nawet becikowe wzięliśmy tuż przed “deadlinem” (śmiech).

Magisterka to nie tylko szukanie materiałów i wielogodzinne sesje pisania rozdziałów, to też mnóstwo spraw do załatwienia w dziekanacie…

Oj tak… problem ze staniem w tych niemiłosiernych kolejkach do dziekanatu… Niestety pierwszeństwo dla kobiet w ciąży w tej kolejce nie obowiązywało.

Koniecznie musimy to zmienić! Uchwała, ustawa a nawet kodeks praw studentek 🙂 I skoro już tak gdybamy o tych sprawach…to gdybyś miała możliwość, to co byś jeszcze dopisała do praw mam studentek? Co jest najważniejsze?

Brakuje na pewno odpowiedniego wsparcia finansowego dla studentów-rodziców, chociaż teraz jest łatwiej, niż za moich czasów, bo jest też 500 plus również na pierwsze dziecko, jeśli dochody są niskie. Z doświadczenia wiem, ile wysiłku niesie za sobą rodzicielstwo, studiowanie i praca, ale to też da się pogodzić, jeśli rodzice dziecka żyją ze sobą i się wzajemnie wspierają. Gorzej ze wsparciem dla samotnych mam, które nie mają rodziny w mieście, gdzie studiują. Super, że studentki mogą liczyć na tysiąc złotych miesięcznie przez pierwszy rok życia dziecka. Jednak rodzicielstwo to nie tylko kasa. To przede wszystkim czas spędzony z dzieckiem i poświęcony dla dziecka. I z tego powodu do praw mam studentek dopisałabym prawo do tego czasu. To jest najważniejsze. Mogłoby to być oferowane z formie gwarantowanego indywidualnego toku studiów, bądź w dobie Internetu jako zezwolenie na nauczanie przez Internet i zorganizowanie tzw. blended-learning lub e-learning. Możliwości są różne i nie muszą być one skomplikowane, wystarczy chcieć otworzyć się na potrzeby młodych rodziców.

Popieram Twoje postulaty. Kobiety powinny mieć prawo urodzić młodo dziecko i nie musieć rezygnować z edukacji, zwłaszcza w takich sytuacjach jak piszesz- kiedy kobieta zostaje sama z dzieckiem. Obie wiemy jednak, że nie tylko o prawa tu chodzi, ale o podejście do mam studentek.

Ehh…Ciąża czy posiadanie dziecka w czasie nauki jest w środowisku uniwersyteckim uznawane za zjawisko dziwne czy specyficzne. Oczywiście mam tu na myśli studencki wiek – do 26 lat. Rzecz jasna nie spotyka się to z batami równie silnymi, na jakie mogą liczyć rodzice w wieku szkoły średniej, ale jeden raz byłam świadkiem rozmowy na temat ciężarnej studentki pierwszego roku, która na drugim roku dostała pozwolenie od niektórych wykładowców na zabieranie córeczki na wykłady. Uczestniczyłam w jednym takim wykładzie i moja uwaga skupiała się bardziej na ich więzi, gaworzeniu małej i nerwowym zachowaniu dziewczyny, niż na słowach pani profesor, która udawała, że nic się nie dzieje. Innych również rozpraszała mama z dzieckiem. Byłam w szoku, że wykładowca, który teoretycznie poszedł jej na rękę, woli, by dziewczyna fizycznie przesiedziała wykład (bo i tak nic prócz nagrania dyktafonem nie wyniesie, chyba że mała akurat zasnęła) i podpisała listę obecności, niż uczyła się po prostu w domu. Tym bardziej, że trafił jej się egzemplarz dziecka bardzo aktywnego. Olaf też taki jest od urodzenia i wiem, jak ciężko się przy nim skupić, jak rzadko wynoszę coś chociażby z kazania w kościele… I do tej pory odczuwam zgrzyt między tym, że cholernie ciężko jest pogodzić studiowanie z macierzyństwem, a z drugiej strony, przecież dwudziestolatka, młoda mama, to po prostu fajna mama. Tyle energii nie ma w późniejszym wieku i nie ma co się oszukiwać.

Tak…

Dlatego, jeśli kobieta decyduje się na dziecko w tym wieku, to ja jej wyłącznie kibicuję. Do bycia fantastyczną mamą nie trzeba mieć tytułów naukowych, mieszkania, auta i kredytu. Wystarczy być zaradnym życiowo, mieć siłę i chęci do działania, kącik dla dziecka nawet w wynajmowanym mieszkaniu i dużo, dużo miłości! Generalnie, wychowywanie dziecka nie należy do najłatwiejszych, a podczas studiów jest prawdziwym wyczynem, ale rozumiem ludzi, którzy decydują się na dziecko w czasie studiów i chciałabym, żeby tego zrozumienia było więcej. Tak naprawdę wiele komentarzy ludzi bazuje na schematycznym myśleniu o wszystkim. “Dziecko na studiach? Ale jak to?! Albo nauka, albo dziecko”, “Już na studiach zaczęła karierę, jak można rezygnować z pracy dla dziecka? Przecież wiadomo, że po macierzyńskim, nie będzie miała do czego wracać”. Ludzie zawsze będą gadać, czy to na uczelni, czy gdziekolwiek indziej. I choć nie mają do tego prawa, bo wolność kończy się tam, gdzie dzieje się krzywda drugiej osobie, to niestety jest to zjawisko powszechne. Tym bardziej jestem dumna z ludzi, którzy tego gadania nie słuchają, ale podążają za swoim sercem i rzeczywiście dzielnie sobie radzą. Dlatego w podejściu do mam studentek postawiłabym na traktowanie ich raczej jak bohaterki, które należy wspierać, bo w swoim działaniu łączą najwspanialsze wartości. To wspaniałe, że chcą przekazać życie, opiekować się dzieckiem, ale jeszcze wspanialej, że chcą się również uczyć i rozwijać. A z tego, z jakim skutkiem im się to udaje, rozliczać dopiero w dniu egzaminu. Proste.

Nic dodać, nic ująć. Jestem pewna, że nasz wywiad będą czytać przede wszystkim inne mamy studentki. Co chcesz im przekazać?

Już tyle zostało powiedziane… Na pewno chciałabym przekazać im moje gratulacje, że chcą, bo chcieć to móc! Czasami nie od razu, nie wszystko w pierwszym terminie, ale naprawdę można. Jak mówiłam wcześniej – studiowanie z dzieckiem/dziećmi to bardzo trudna droga, ale droga do przejścia. Chciałabym przekazać im też mnóstwo dobrej energii, której na pewno nie raz dziennie im brakuje. Chciałabym, żeby te mamy wiedziały (szczególnie, kiedy słyszą nieprzychylne uwagi), że nie robią nic złego i by nie czekały ze studiowaniem aż dziecko podrośnie, nie próbując nawet kontyunuować nauki, bo kto wie, co przyniesie przyszłość. Wreszcie, że jestem z nich dumna, o ile dbają równorzędnie i w jednakowym stopniu o dziecko oraz o własny rozwój. Dumna jestem również z młodych mężczyzn, tatusiów, którzy te dzielne niewiasty wspierają. Jedyne co pozostaje, to życzyć pociechy z dzieci i by nie ząbkowały w czasie sesji. Powodzenia!

Anitko, dziękuję za rozmowę.

To ja dziękuję. Buziaki!
Kochani koniecznie zajrzyjcie na bloga Anity. Dawka edukacji medialnej każdemu z nas się przyda. 🙂 Jeden z najciekawszych artykułów znajdziecie tutaj. Tytuł : Anegdota o rybaku= wartościuj swoje życie i wylecz się z braku czasu. Warto na chwilę się zatrzymać i pomyśleć…

Hits: 520

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Więcej informacji.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close